Nowy projekt, przedsięwzięcie, zlecenie, tekst. Niby wszystko wygląda w porządku – w głowie, jako szkic czy na papierze. A jednocześnie gdy dochodzi do podjęcia ostatecznego kroku, pojawia się zawahanie, wątpliwość – czy jestem pewna? Czy to nie głupie? Może powinnam jeszcze nad tym popracować?

Nawet, jeśli wszystko przemyślałam, wiem, że ma sens i jestem gotowa do działania, to bywa, że nie ucisza to w pełni wewnętrznego krytyka i cień niepewności nadal pozostaje.

Świetnie o tym pisze Anna Dziewit-Meller w swoim tekście „W pułapce kompetencji„.

Opowiada o swoim zawahaniu, gdy otrzymała propozycję zostania felietonistką Tygodnika Powszechnego, które jest punktem wyjścia do dalszego zgłębienia tego tematu. Przywołuje rozmowy dwóch reporterek, Claire Shipman i Katty Kay, które przez lata rozmawiały z najbardziej wpływowymi kobietami sukcesu w Ameryce i pisze tak:

Osoby ze świata nauki, sportu, szefowe wielkich korporacji – wszystkie te kobiety łączyło jedno: mimo swoich ogromnych i niekwestionowanych sukcesów zawodowych czuły się niepewnie, tak jakby te stanowiska i sukcesy, do których doszły, nie do końca im się należały.
Jedna z najbardziej wpływowych kobiet świata, dyrektor do spraw operacyjnych Facebooka Sheryl Sandberg, przyznała im się w rozmowie, że bywają dni, podczas których ma poczucie, że jest jak oszustka, której psim swędem się udało, jak Nikodem Dyzma mediów społecznościowych, że gryzie ją sumienie, bo w głębi serca nie zasługuje na to, by być tam, gdzie jest.

Brzmi znajomo?

Gdy czytałam ten tekst, poczułam, że doskonale wiem, o czym ona pisze.

To jest to! Trafiła w samo sedno. I chyba nie tylko ja – sądząc po tym, jak wiele moich koleżanek udostępniło ten tekst na Facebooku, jest nas znacznie więcej.

I nie mam tu na myśli zahukanych i niepewnych szarych myszek, ale silne, kompetentne babki – mądre, odważne, pewne siebie i aktywne dziewczyny i kobiety, z dużą wiedzą, doświadczeniem, intuicją. Mimo, że bardzo często wiele już osiągnęły i naprawdę nie muszą nikomu niczego udowadniać. Tak silny jest ten przekaz, że nawet one mają chwilami poczucie, że to, że muszą szczególnie mocno uargumentować to, że mają coś do powiedzenia, udowodnić, że mają prawo zabrać głos.

Jest na to jakaś recepta? Nie wiem. Ale myślę sobie, że chcę wspierać inne kobiety.

Dopingować je, kibicować im. Nie dlatego, że potrzebują taryfy ulgowej – wręcz przeciwnie. Właśnie dlatego, że są świetne i kompetentne. Chcę im o tym przypominać. Chcę to też przypominać sobie.

Czy jestem wystarczająco kompetentna? A może powinnam jeszcze doczytać, zrobić kolejny kurs, przemyśleć wszystko kolejny raz? Na pewno są ludzie, którzy wiedzą więcej ode mnie. Słyszę czasem ten głos w głowie.

Tymczasem jeśli będę szukać idealnego momentu, nigdy niczego nie zacznę.

Jeśli będę czekać, aż dowiem się wszystkiego, nigdy nie ruszę. Mówi o tym też Ariadna Wiczling w swoim podkaście – nie musisz wiedzieć wszystkiego. To nierealne, nie stawiaj sobie takiej niemożliwej do przeskoczenia poprzeczki. Żeby inni skorzystali z twojej wiedzy, wystarczy, że wiesz chociaż trochę więcej od nich. A od siebie dodam – i przepuścisz tę wiedzę przez siebie, przez swoje własne doświadczenie.

Tak, to prawda. Jest wielu ludzi, którzy wiedzą więcej ode mnie. I co z tego?

Nie chodzi tu przecież o osiągniętą doskonałość, nieomylność czy wszechwiedzę. Ale o mój głos – który jest niepowtarzalny. Każdy i każda z nas patrzy na świat w unikalny sposób. I o ile jestem autentyczna, to wystarczy.

 

PS. Pierwszy krok we właściwym kierunku nie musi być duży.

[Zdjęcie autorstwa Lotte Meijer.]