Podczas urlopu nad morzem szukałam sposobu, by dać odpocząć przeciążonemu kręgosłupowi. Korzystając z możliwości krótkiego wyjścia w pojedynkę­, poszłam sprawdzić ofertę zabiegów pobliskiego SPA.

Zupełnie się nie spodziewałam, że tuż po wejściu pojawi się ona. Mała, prosta, skromna. Ścianka wspinaczkowa.

Przywołała mnie. Albo ja przywołałam ją.

Kiedyś wspinałam się regularnie – treningi na ściankach w mieście, do tego częste wyjazdy w skały w Jurę. Pokochałam ten sport całym sercem. Moje ciało i głowa również.

Ponad 2,5 roku przerwy. A od ostatniego wyjazdu w skały – 5 lat.

Po drodze staw skokowy w gipsie i wielomiesięczna rekonwalescencja (pozrywane więzadła, odłamki kostne i widmo operacji). Opłakanie utraty wcześniejszej sprawności. Tęsknota za zawieszoną w próżni ważną częścią samej siebie. Potem czas ciąży i absorbująca opieka nad niemowlakiem. Akceptacja zmiany, spełnienie w innych działaniach. Samo życie.

Aż tu nagle ONA.

To niezwykłe uczucie – powrócić na ścianę po takim czasie. Znów czuć chwyty pod palcami, drżenie mięśni w udach. Wytężoną pracę każdej komórki ciała. Przyspieszony oddech, skupienie na celu, poczucie własnej mocy. A ciało pamięta. Niesamowite.

Trochę wzrusz.