Zrywa się wiatr. Widzę przez okno, jak szarpie gałęźmi jabłonki. Otwieram je na oścież i czuję w powietrzu ukochany, znajomy zapach – nadchodzi burza.

Zdejmuję sandały, uwalniam stopy i wychodzę boso na trawę. Rozpuszczam włosy, pozwalam na nieład. Przymykam oczy, wystawiam twarz w stronę, z której wieje. Na policzkach czuję rześkie, chłodne powietrze.

Robię głęboki wdech, pauza, powoli wypuszczam powietrze. Drugi, jeszcze wolniej. Z każdym kolejnym zwalniam coraz bardziej.

Po chwili czuję, jak łagodnieją kłębiące się myśli. Jak cichnie szum w skroniach. Jak puszcza napięcie w barkach. Zatrzymuję się. Po brzuchu rozlewa się ciepło i spokój.

Jestem tu i teraz.